Enter your keyword

niedziela, 16 lipca 2017

40 tydzień - Dlaczego do tego dopuściłam?

Dotrwałam do 40 tygodnia, jak to możliwe? Od ponad półtora miesiąca ludzie z mojego otoczenia podczas rozmowy, co u mnie, jak się czuję słyszeli tylko:

"Nie dotrwam do lipca."
"Zaraz pęknę, nie dam rady."
"Jak dochodzę do terminu z tym ciężarem, to będę niezniszczalna!"

I co? Jestem niezniszczalna!

Przetrwałam duchotę, podczas której nawet na zakupach w biedronce przy kasie mdliło mnie, robiło mi się ciemno przed oczami, zostawiałam M. z maluchem i musiałam wyjść na zewnątrz.
Przetrwałam twardnienia brzucha, skurcze w łydkach, drętwienie rąk, zawroty głowy, wymioty.
Przetrwałam brak czucia w nogach, przez które często nie mogłam podnieść się z łóżka, a zdarzyło się nawet, że po podniesieniu nogi po prostu uginały mi się jak gałązki - z tarapatów przez siniakami ratował mnie w ostatniej chwili M. łapiąc mnie w locie.
 
Narzekam, a więc, dlaczego do tego dopuściłam?
Nie będę ściemniać, gdzieś tam w głowie siedziało mi, że fajnie by było mieć córeczkę. Sami faceci w domu zdominowali by mnie totalnie, zresztą.. sukieneczki, spineczki, warkoczyki, bla bla bla..
Skoro więc dwójka chłopców, to trzecia musi być dziewczynka, no bo przecież to już musiałaby być złośliwość losu, nie? Odpuściłam. Sebastian stawał się coraz bardziej samodzielny, co mnie cieszyło. Noce przespane, mój chłopiec był już bardziej kontaktowy, więc udało mi się odnowić kontakt z kilkoma koleżankami, a nawet kilka razy wyjść z domu się z nimi spotkać. Oh, jak cudownie było móc znowu porozmawiać z kimś kto odpowie mi zdaniem a nie zdziwionym "gaa uu geee?"!
Było fantastycznie, aż do któregoś pięknego dnia listopada, gdzie moja natura mnie zaskoczyła i postanowiła jeszcze raz zrobić mnie mamą, choć nie ukrywam, że gdybym wszystkiego dokładnie pilnowała, dziś bym się tak nie męczyła. Zaczęły się mdłości, wymioty. Dzień wcześniej miałam bardzo udane spotkanie z koleżanką :) Na co mój luby zganiał moje samopoczucie. No ale.. jeden dzień, drugi, trzeci.. powtórka z rozrywki, sprawdzamy.. 
Reakcja? Wielki wybuch płaczu, nieszczęścia i strachu.
Na całe "szczęście" Mam na tyle dojrzałego mężczyznę, że mimo prawdopodobnie takich samych odczuć przytulił i spokojnie powiedział "Damy radę", choć wiedziałam, że z Jego głowy wyskakuje mnóstwo wykrzykników, znaków zapytania z bezradności. Co najdziwniejsze, w tej chwili nie wiem dlaczego, ale najbardziej baliśmy się reakcji swoich rodziców, teraz już wiem, że to, to był najmniejszy pikuś.

Po ogarnięciu emocji, wizyty u lekarza, zdrowego podejścia do sprawy zaczęło się znów czytanie, sprawdzanie, rozmowy, w których wymuszałam "pocieszenie" od kilku bliższych osób. Wszechwiedzący internet zapewniał, że kolejna ciąża jest łagodniejsza, lepsza, lżejsza, spokojniejsza też - bo już wiesz czego masz się spodziewać, jedynym problemem, jaki znalazłam były kilogramy - których podobno miało być na pewno więcej niż za pierwszym razem.
Albo jestem wyjątkowym egzemplarzem albo kosmitką, bo u mnie odbywało się wszystko na odwrót.
Co prawda przypominając sobie pierwsze miesiące ciąży z Sebastianem, nie mam co porównywać tej, bo wtedy nie mogłam nawet wstać z łóżka, a wodę piłam tylko po to, aby móc wymiotować czymkolwiek, bo za chwilę wyplułabym wnętrzności, ale cała reszta jest horrorem.

Co prawda, przytyłam tylko 9 kg, ale od samego początku mojego już nawet pierwszego błogoslawionego stanu, dziwiłam się i wyśmiewałam po cichu kobiety, które żalą się, że nie mogą się schylić, wstać, przekręcić z boku na bok, czy chociażby ogolić nóg - zwracam honor - mimo, że mam dużo mniejszy brzuch od niektórych z was, są dni w których nie jestem w stanie się poruszyć...

No i właśnie tak koło końcówki szóstego miesiąca, pojawił się tekst, który zacytowałam na początku, że jak dotrwam do końca, to będę niezniszczalna. Z Sebastianem mogłabym stwierdzić, że do końca ciąży mogłam biegać i tańczyć, a każdy Jego ruch czy kopnięcie sprawiało mi radość, nagrywałam, pokazywałam, chwaliłam się. Tutaj? Każdy ruch sprawia mi taki ból, że częściej prócz uśmiechu z oczu lecą łzy.
Ze względu na to, że brzuch wydawał mi się dużo cięższy niż wcześniej, a bóle w kroczu często się nasilały byłam pewna, że tym razem niestety urodzę wcześniej. Wyliczenia lekarzy również w niczym mnie nie upewniały. Wg. okresu, które jak zawsze były cholernie nieregularnie, termin mam na 20 czerwca, wg. USG i wielkości dziecka - 22-24 lipiec, więc gdy doczłapałam się już do wizyty czerwcowej od swojej niezbyt lubianej prowadzącej ginekolog usłyszałam, że teraz to mogę już urodzić w każdej chwili, bo dziecko urodzone w czerwcu również będzie urodzone w terminie, mimo, że drobniutkie..

I tak właśnie dziś zaczynam 40 tydzień ciąży, a do najwcześniejszego terminu "przyklepanego" w dokumentach zostało 6 dni. Zdarzają się dni, gdzie nie wytrzymuję z bólu, myśląc, że to już, a tu wszystko ustaje... Wczoraj w nocy zaciskając zęby starałam się zasnąć i miałam rację, że nie postawiłam na nogi całego domu, bo znowu byłby to fałszywy alarm.

Czekamy. Tym razem porodu się boję.. I choć wiem, że pewnie po zobaczeniu mojej kruszynki wszystko jej wybaczę i pokocham ją bezgranicznie to choć wstyd się przyznać czasem żałuję, że do tego dopuściłam..

2 komentarze:

  1. Mimo wszystko trzymam kciuki za Ciebie i kruszynkę oraz życzę powodzenia! Na pewno będzie dobrze i tak jak napisałaś na końcu-gdy ją zobaczysz to wszystkie ciężkie chwile odejdą w zapomnienie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Love your post dear ^_^
    I'm following you #201, would you like to follow me back, I would be glad? ♥
    www.limitededitionlady.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń